Archive for December, 2000

Między wrażliwością a cynizmem

Friday, December 22nd, 2000

Kiedy wyczynowy sportowiec dobiega do granicy biologicznej wydolności, klepsydra obraca się po raz pierwszy i ostatni. Można ją, oczywiście przesunąć w czasie, jak stało się to udziałem sir Stanleya Matthewsa, szalejącego po ligowych stadionach z piątym krzyżykiem na ramieniu. Ale to absolutny wyjątek. I niech nikogo nie zwiedzie 5 lokata w krajowym rankingu wyników pewnej chodziarki na 20 km, której Bozia odliczyła równe 64 (słownie: sześćdziesiąt cztery!) wiosny. Reprezentująca, o paradoksie, młodzieżowy klub lekkoatletyczny MKS AZS Łódź, pani Janina Fijałkowska, godna jest wyniesienia na cokoły, aliści jej obecność na liście, jest skutkiem jej litościwego charakteru, a nie tężyzny w nogach i płucach. Pani Janka postanowiła ratować konkurencję chodu na MP w Zamościu, do której zgłosiło się raptem dwie zawodniczki. Należało znaleźć tą trzecią, aby stało się zadość regulaminowym wymogom. Więc kobiecisko zdjęło kiecki, wskoczyło w dres i poszło w trasę. Chód się odbył, pani Janeczka przybyła do mety jakieś pół godziny za rywalkami, ale medal brązowy zawisł na jej przedwojennej piersiÉ

Krystyna Szymańska-Lara mogła by być wnuczką wspomnianej lekkoatletki, ale łączy ją z nią jedna wspólna cecha. Mianowicie miłosierna miłość wobec uprawianej dyscypliny i wola poświęcenia się dla niej. Fijałkowska ratowała prestiż mistrzostw Polski, Lara chciała pomóc reprezentacji koszykarek w olimpijskim starcie. Tego od niej wymagał nie tylko obowiązek kapitana zespołu, w dodatku czempiona Europy, ale zwykła koleżeńskość. Kłopot w tym, że wiślaczka zepsuła nogę jakoś na początku okresu przygotowawczego do igrzysk. Gdyby kierowała się zdrowym rozsądkiem i troską o własną karierę, mogła olimpiadę olać i spokojnie leczyć staw kolanowy. Ale nie, ona jest odmianą romantyczki, sportowym skrzyżowaniem Joanny d’Arc z Emilią Plater. Z tego to powodu, podobnie jak obie damy, znane z historii, pani Krystyna popadła w tarapaty i broni się przed pójściem na podpałkę. Ma żal do Wisły, chociaż powinna mieć i do PZKosza, za to, że odnowiona za sprawą igrzyskowego startu kontuzja, skutkuje znacznym obniżeniem klubowych profitów, wynikających z kontraktu. Dziewczyna postanowiła w geście determinacji odejść z Krakowa i szukać nowego pracodawcy, którego perspektywa długoterminowego leczenia i rehabilitacji specjalnie nie przeraża.

Nie mam najmniejszych oporów moralnych z zajęciem solidarnościowego stanowiska wobec jej frustracji. Po pierwsze, dlatego że Lara przez siedem długich sezonów służyła Wiśle z całym oddaniem. Tyrała na parkiecie za conajmniej dwie zawodniczki, nie żałowała ani serca ani kończyn w walce o cześć i chwałę wiślackiej drużyny. Po drugie, może za przesadnie rwała się do wyjazdu do Sydney nie bacząc na stan kolana, ale – na Boga – dzięki temu na marmurowym Panteonie wiślackich olimpijczyków, dzięki jej zdrowotnej szarży, widnieje jeszcze jedno nazwisko! I chociaż nie ma żadnej pewności, że po kolejnej przerwie w grze, wróci na parkiet w pełni formy, do której nas przyzwyczaiła, warto utrzymać dla niej dotychczasową gratyfikację. Tak, jak gdyby nic się nie działoÉ Osobiście skłaniałbym się jednak nie do oceny przyszłej przydatności, ani nawet do sporządzania analizy ekonomicznej podtrzymania warunków kontraktu. Tu narzuca się kategoria jak najbardziej opierająca się rachunkom i rachubom. Idzie o pryncypia, wedle których dotknięta kontuzją, nawet eliminującą z gry do końca, zawodniczka ma prawo liczyć na ludzkie potraktowanie. Wyświechtane powiedzenie o Murzynie, który zrobił swoje, gdzie jak gdzie, ale w roku 2000, w mieście-stolicy europejskiej kultury, w klubie znanym z inteligenckiego przechyłu kadrowego, nie powinno mieć zastosowania. Choćby ze względu na wrażliwość sterników.

Powyższe wynurzenie płynie z przekonania, że współczesny wyczyn nie powinien utracić resztek humanistycznego pierwiastka. Nie powinien pozwolić na ostateczną dominację skrajnego komercjalizmu. Wynurzenie byłoby głęboko chybione tylko w jednym przypadkuÉ Oto Krystyna Lara, gnębiona kontuzją, znalazła zgrabny pretekst, aby urwać się z Wisły i gdzie indziej podpisać intratny kontrakt, raz jeszcze zarobić na zmianie barw! Nie tylko teoretycznie jest to możliwe, bo mowa jest o zawodniczce z żelaza, która zapewne chodziarce Fijałkowskiej nie dorówna żywotnością, ale parę sezonów zaliczy, choćby o jednej nodze. Gdyby ten scenariusz był bliższy prawdy, wówczas cały, nakreślony tu czar felietonowy, pryska jak dmuchana bombka na wigilijnej choince. Chciałbym wszakże wierzyć, że moja wiara w olimpijski duch uczestników igrzysk, nie jest czczą naiwnością. Oby!

Autor artykułu: Ryszard Niemiec

Fortuna się uśmiechnęła

Friday, December 22nd, 2000

Właściciele firmy Fortuna od pewnego czasu najprawdopodobniej nie mają wątpliwości, że nieźle ulokowali pieniądze. Po początkowych niepowodzeniach ,szarotek”, spowodowanych generalnym odmłodzeniem składu jak i kłopotów z lodem, drużyna Fortuny-Podhala wygrywa. I niewątpliwie chciała by zakończyć XX wiek zwycięstwem.

Ale na drodze stoją mistrzowie Polski, zespół Dworów Unii Oświęcim, którzy mają też taki sam cel. Ale lepszego zakończenia wieku w lidze, jak pojedynek dwóch najlepszych drużyn w ostatniej dekadzie, trudno sobie było wyobrazić. Podhalanie wystąpią w najsilniejszym składzie, już z trójką napastników: Michałem Piotrowskim, Sebastianem Bielą i Krzysztofem Zapałą, którzy uratowali dla naszej reprezentacji do lat 20 grupę B.

- Nie można ukrywać, że faworytami tego spotkania są rywale- powiedział prezes Podhala, Andrzej Głowiński – Ale nasi zawodnicy zrobią wyszystko, by po raz pierwszy w tym sezonie wygrać z Unią. Przypominam, że nasz zespół jeszcze do niedawna trenował, tak jak wszyscy rywale to robili w lipcu. Trener Andrzej Słowakiewicz musiał odrobić straty z opóźnionego rozpoczęcia treningów. Zawodnicy ciężko pracowali i grali. Musiało brakować świeżości i szybkości. Teraz zajęcia są już lżejsze i od raz widać efekty twardej pracy. A, że nasi zawodnicy są dobrze przygotowani pokazała nasza trójka napastników podczas mistrzostw świata do lat 20.

Oświęcimianie mają pewne problemy. Jarosław Brnio nabawił się kontuzji kolana i przeciwko Sanokowi zagrał Przemysław Witek.

– Mam nadzieję, że dzisiaj Brnio będzie już w pełni sprawny – mówi trener Dworów Unii Pavel Soudsky – Witek odczuwa jeszcze trudy ostatnich mistrzostw świata. Inna sprawa, że tą kolejkę można było sobie darować. W tym czasie w całej Europie gramy tylko my. A ostatnio był to istny maraton. W efekcie liczne kontuzję. Muszą grać z nimi przykładowo Gonera i Cihal.

Kryniczanie jadą do Sanoka, i po niezłym, chociaż przegranym meczu z Katowicami są faworytami. A ponieważ dobrą dyspozycję strzelecką ostatnio wykazywali Artur Ślusarczyk i Damian Słaboń, trener Marian Pysz powinien w dobrym nastroju zasiąść do świątecznego stołu.

Program kolejki: Fortuna-Podhale SSA Nowy Targ – Dwory S.A. Unia SSA Oświęcim, godz. 18; SKH Sanok – KTH Krynica, godz. 17; GKS Katowice – Polonia Bytom, GKS Tychy – Stoczniowiec Gdańsk.

Autor artykułu: PG

Wrócić za dwa tygodnie

Wednesday, December 20th, 2000

Martin Mintel nie wystąpił w meczu z GKS Katowice. W spotkaniu z Unią nabawił się kontuzji uda.

- Byłem u specjalisty w Czechach, który opiekuje się hokeistami z tamtejszej ekstraklasy, dowiedziałem się, że za dwa tygodnie mogę już rozpocząć treningi.

- Podczas meczu z GKS Katowice stałeś w boksie zespołu. Jak przeżywasz takie mecze?

- Bardzo ciężko stać w boksie i oglądać grę zespołu. Człowiek chce wyjść na lód i pomóc zespołowi.

- Kusi cię powrót do Stoczniowca?

- W Gdańsku warunki do hokeja są bardzo dobre. Klub posiada dwa lodowiska. Przy lodowisku, jest siłownia, odnowa biologiczna, sauna, ale drużyna nie jest aż tak dobra jak w Krynicy. Tutaj są kadrowicze, a w Gdańsku jedynym reprezentantem jest Justka. To się odbija w tabeli.

- Łatwo jest grać przeciwko swoim byłym kolegom. Znając ich każde zagranie, możliwości?

- Tylko pod tym względem, że zna się umiejętności poszczególnych zawodników, ale każdy mecz z Gdańskiem jest ciężkim spotkaniem. Po długiej podróży trzeba wyjść na lodowisko i zmierzyć się ze Stoczniowcem.

Poza tym gdańszczanie to nieobliczalny zespół, który odebrał trochę punktów lepszym zespołom.

Autor artykułu: DG

Pieniądze motywują

Wednesday, December 20th, 2000

Slavomir Ilavski ma za sobą grę w Koszycach i w lidze francuskiej. W KTH partneruje Andriejowi Primie i Tomaszowi Proszkiewiczowi.

- Trudno porównywać hokej na Słowacji, Francji, czy Polsce.
Każda liga ma swoją specyfikę.

We Francji spędziłem osiem miesięcy, taki okres na jaki zatrudnia się obcokrajowców.

- Dlaczego w KTH nie został Ośko, z którym przyjechałeś na test do Krynicy?

- O tym, że nie gra w Krynicy to decyzja prezesów. Wiem, że się podobał, grał dobrze, i na pewno byłby z jego gry pożytek.

Przypuszczam, że kiedy powrót Prima do KTH stawał się realny powstał problem z obcokrajowcami.

- Obserwując twoją grę w KTH daje się zauważyć wahania formy. Raz grasz na pełnych obrotach innym razem zawodzisz pod bramką rywali…

- Nie jestem zadowolony ze swojej gry w KTH. To nie jest to co chciałbym prezentować na lodowisku.

- Drużyna młodzieżowe krynickiego klubu uczestniczą w rozgrywkach ligi słowackiej. Czy miałeś możliwość oglądnięcia takiego meczu?

- Niestety nie, ale wiem, że są takie mecze. Szkoda, że nie miałem możliwości oglądnięcia w akcji młodzieży KTH w konfrontacji z moimi rodakami.

- Nie kusi cię chęć powrotu do Francji?

- Otrzymałem kilka propozycji. Także z polskich klubów. We Francji kontrakt mógłby być intratny, w terminie wypłacane są pieniądze. Kontrakt z KTH obowiązuje mnie do końca marca przyszłego roku.

- Grasz z Primą i Proszkiewiczem w jednej formacji. Dobrze się rozumiecie?

- Gramy już dłuższy czas i myślę, że jest wszystko OK.

- Podporządkowujecie grę pod Primę, czołowego strzelca ligi?

- Jestem taki, że jeżeli widzę kolegę znajdującego się w lepszej sytuacji strzeleckiej niż ja to podaję mu krążek.

Autor artykułu: DG

Preczek tylko dla Krynicy

Wednesday, December 20th, 2000

Martin Preczek czwarty sezon występuje w zespole KTH Krynica. Jak dotychczas jest zadowolony z pobytu w zespole spod Góry Parkowej.

- W Krynicy ludzie kochają hokej, na mecze przychodzą dobrzy fanowie, którzy mimo, że w tym sezonie mamy słabszą formę dopingują nas, zagrzewają do walki. Atmosfera na ligowych spotkaniach w Krynicy jest najlepsza w Polsce – mówi Preczek.

Przed sezonem sporo mówiło się o ofercie ze Stoczniowca Gdańsk dla krynickiego obrońcy.

- Propozycji nie przyjąłem ponieważ chciałem dalej grać w KTH. Trzy lata spędzone tutaj miło wspominam.

Nie będę ukrywał, że miałem dwie oferty. Jedną ze wspomnianego Stoczniowca Gdańsk, drugą z GKS Katowice. Zdecydowałem się jednak pozostać do końca sezonu w krynickim klubie.

Pojedynek z GKS Katowice przegrany 4:5 przez kryniczan, Martin Preczek zapewne chciałby szybko zapomnieć. Popełnił kilka błędów

- To prawda. Nie był to mój dobry występ. Ogólnie oceniając mieliśmy z zespołem lepsze mecze. Coś nam ostatnio nie wychodzi.

- Miałeś takie momenty w swojej karierze grając w KTH, że strzelałeś ładne bramki. Teraz również masz okazje strzeleckie, ale ich nie potrafisz wykorzystać.

- To prawda, mam sporo okazji w meczach na zdobycie goli. Stoję nieraz sam przed bramką, ale niestety krążek nie wpada do bramki. Takie okazje powinienem wykorzystywać.

- Był taki mecz z GKS Tychy, który przegrywaliście już 0:3. Wówczas z bramki zszedł Tomasz Jaworski. Jego miejsce zajął Marcin Klocek. Co wówczas czują obrońcy, którzy nie wiedzą na co stać nierozgrzanego bramkarza?

- Na pewno jak jest Tomek w bramce, to czujemy się dużo pewniej, jest to reprezentant Polski.

O naszym sukcesie z tyszanami, wygraniu meczu 6:4, zadecydowała w dużym stopniu bramka Proszkiewicza. W drugiej teracji, wygranej 4:0 zagraliśmy znakomicie.

Autor artykułu: DG

Puchar Polski we wspinaczce

Tuesday, December 19th, 2000

Nie było niespodzianek w finale Pucharu Polski we wspinaczce sportowej, jaki odbył się w hali Korony. W końcowej klasyfikacji – obejmującej pięć edycji triumfowały krakowianki – Iwona Gronkiewicz-Marcisz – reprezentantka Korony w konkurencji na trudność oraz Renata Piszczek z Reni Sportu we wspinaniu na czas.

Po raz kolejny doszło więc do ,podziału kompetencji”. Lepiej we wspinaniu na trudność czuje się Iwona, zaś na czas Renata. Zresztą takie też były rozstrzygnięcia niedawnych mistrzostw Polski, które odbyły się w Tarnowie.

Wśród mężczyzn bezkonkurencyjny był Tomasz Oleksy reprezentant Tarnovii, który jednak w Krakowie doznał porażki z Grzegorzem Grochalem z Korony, w konkurencji na trudność. Nie miało to jednak wpływu na końcowe wyniki, gdyż Oleksy zwyciężył w bezapelacyjny sposób zarówno na czas jak i na trudność.

Końcowa klasyfikacja PP, kobiety na trudność: 1. Iwona Gronkiewicz-Marcisz (Korona Kraków), 2. Renata Piszczek (Reni Sport Kraków), 3. Urszula Wróbel (Korona), 4. Edyta Ropek (Tarnovia), na czas: 1. Renata Piszczek, 2. Edyta Ropek, 3. Marta Bartosz (Tarnovia), 4. Urszula Wróbel.

Mężczyźni, na trudność: 1. Tomasz Oleksy (Tarnovia), 2. Grzegorz Grochal, 3. Marcin Wróbel (obaj Korona), na czas: 1. Tomasz Oleksy, 2. Łukasz Mueller (Klub Wysokogórski Katowice), 3. Marcin Bibro, 4. Mateusz Ligas (obaj Tranovia).

Wyniki ostatniej eliminacj: kobiety, na trudność: 1. Iwona Gronkiewcz-Marcisz, 2. Renata Piszczek, 3. Urszula Wróbel, na czas: 1. Renata Piszczek, 2. Edyta Ropek, 3. Marta Bartosz, 3. Urszula Wróbel, mężczyźni, na trudność: 1. Grzegorz Grochal, 2. Tomasz Oleksy, 3. Łukasz Mueller, 3. Filip Babicz (Klub Wysokogórski Zakopane), na czas: 1. Tomasz Oleksy, 2. Łukasz Mueller, 3. Mateusz Ligas, 4. Marcin Bibro.

Autor artykułu: Żuk

Początek sanacji małopolskiego boksu?

Tuesday, December 19th, 2000

Przed zawodami organizatorzy nie ukrywali lekkiego niepokoju. Jednakże teraz mogą chodzić z podniesionym czołem. Udał się bowiem XX międzynarodowy turniej bokserski ,O Złotą Rękawicę Wisły”; pod każdym względem.

Podkreślali to zresztą niemal wszyscy uczestnicy. Szczególnie ci najbardziej zainteresowani czyli zawodnicy i trenerzy. A jeżeli ciepłe słowa płyną z ust samego mistrza świata, Henryka Średnickiego to może być to powód do zadowolenia.

Turniej w nowej hali przy ulicy Reymonta był też swoistym testem – czy rzeczywiście boks jest potrzebny w Krakowie. Wolno więc teraz mówić – tak, tak i jeszcze raz tak! Wystartowało przecież wielu zdolnych młodych pięściarzy, przyczynili się oni do stworzenia emocjonujących zawodów, prawdziwym zaś zaskoczeniem było zainteresowanie kibiców. Przez cztery dni sala bokserska przy ulicy Reymonta była pełna, nie brakowało starszej generacji sympatyków szermierki na pięści, przeważała jednak młodzież, która pokazała, że zna się na boksie i rozumie jego niuanse.

Grono wiernych kibiców miał nietypowy uczestnik ,Złotej Rękawicy”, trener Zbigniew Dudka, na co dzień… ksiądz pracujący w jednej z parafii pod Częstochową. Prowadzi tam szkółkę bokserską, a do Krakowa przyjechał z juniorem młodszym (waga 73 kg), Tomaszem Sobasem. Podopieczny księdza Dudki spisał się bardzo dobrze, dochodząc do finału, w którym uległ wiślakowi Sebastianowi Adamskiemu. Ksiądz Zbigniew, zapytany o swoje sportowe zainteresowania, powiedział: – Jako chłopak uprawiałem pięściarstwo. Potem, już jako duchowny, trochę się kryłem, gdyż akurat ta dyscyplina nie była najlepiej widziana przez przełożonych. Ale od chwili, kiedy mój biskup powiedział ,tak”, mogę się bawić w boks już oficjalnie. Lubię pracę z młodzieżą, cieszę się, jak moje wskazówki trafiają na podatny grunt. Chłopcy garną się do sportu, tylko trzeba im wyjść na przeciw. Staram się to właśnie robić.

Uważnym obserwatorem 4-dniowych zmagań był prezes Małopolskiego Związku Bokserskiego, Stanisław Dragan. Po ostatnim gongu oświadczył zaś: – Nowe władze MTB mają ambicje odbudować boks w Krakowie i Małopolsce. Chciałbym, aby ten turniej był małym tego początkiem. Myślimy też nieśmiało o stworzeniu ligowej drużyny, gdyż teraz nie ma takiej ani w Krakowie, ani w Małopolsce. Czy nam się to uda? Nie wiem, gdyż dużą barierą są pieniądze. Na razie daliśmy sobie dwanaście miesięcy na powołanie do życia nowego zespołu.

Autor artykułu: WB

Mistrzostwo zdobyte z biegu…

Tuesday, December 19th, 2000

Podczas rozgrywanych w ubiegły weekend w Sanoku mistrzostw Polski panczenistów w wieloboju z bardzo dobrej strony pokazał się Paweł Zygmunt, reprezentujący barwy Węgierska Korona ERBET Biegonice Wiśniowski Krynica. W imponującym stylu zdobył on tytuł mistrza Polski, dokładając do tego zwycięstwo w biegu na 10 tysięcy metrów. Kryniczanin udowodnił zatem swoją dominację w Polsce, sygnalizując jednocześnie wzrost formy, co jest dobrym prognostykiem przed zbliżającymi się mistrzostwami Europy.

- Jestem bardzo zadowolony przede wszystkim ze startów na 5000 i 10 000 metrów – mówi Paweł Zygmunt. – Trudno się nie cieszyć skoro były to najszybsze biegi w historii polskich torów. Myślę, że tym występem udowodniłem, że moje miejsca w pierwszej dziesiątce Pucharu Świata nie były przypadkiem. Nie ukrywam, że do sanockich zawodów przystąpiłem z biegu. Moim głównym celem są bowiem mistrzostwa Europy, które odbędą się 14 i 15 stycznia 2001 roku we włoskim Baselga Bipine.

- Zaimponował Pan formą. Czy przed mistrzostwami Europy będzie ona jeszcze szła w górę?

- Oczywiście. Tak mam ułożone przygotowania, aby forma była jak najwyższa w drugiej części sezonu. Wtedy bowiem nastąpi duże nagromadzenie startów na międzynarodowej arenie. Prócz wspomnianych mistrzostw Europy przede mną jeszcze starty w Pucharze Świata, w mistrzostwach świata w Budapeszcie jak również w zawodach przedolimpijskich w Salt Lake City.

- Wróćmy jeszcze do sanockich mistrzostw. Jak ocenia Pan ich organizację w porównaniu do imprez międzynarodowych?

- Muszę przyznać, że organizacja zawodów w Polsce jest coraz lepsza. Zawody w Sanoku były bardzo dobrze przygotowane.

- Czy przed mistrzostwami we Włoszech planuje Pan jeszcze jakieś starty?

- Nie. Teraz będę już tylko bardzo mocno trenował. Nawet przez Święta Bożego Narodzenia nie będą odpoczywał. Trenuję dwa razy dziennie. Każdego dnia muszę pokonywać około 30 km. Do tego dochodzi jeszcze rower, skoki, treningi ukierunkowane. Pracy przede mną mnóstwo, ale tak musi być jeśli chcę osiągnąć sukces. Już 3 stycznia wyjeżdżam do Colalbo. Będę tam trenował na wysokości 1100 metrów. To będzie już aklimatyzacja przed startem w mistrzostwach Europy, bowiem tor, na którym rozgrywane będą te zawody położony jest na wysokości 1200 metrów. Zresztą Colalbo leży tylko 100 kilometrów od miejsca zawodów. Prosto stamtąd pojadę już do Baselga Bipine. Wierzę, że stać mnie na dobry wynik.

Autor artykułu: BK

Piorunujące Szarotki

Saturday, December 16th, 2000

FORTUNA Podhale Nowy Targ – POLONIA Bytom 5:3 (0:1, 3:2, 2:0) W 16 min bytomianie potrzebowali zaledwie 25 sekund, by wykorzystać liczebną przewagę. W końcówce Piotr Gil z metra nie trafił do pustej bramki.

Początek II odsłony był piorunujący w wykonaniu ,Szarotek”, które w odstępie 73 sekund zadały dwa potężne ciosy rywalowi.

W 24 minucie Zabawa bytomian we własnej tercji skończyła się dla nich tragicznie. Krążek przejął Łyszczarczyk i natychmiast oddał strzał. Krążek znalazł lukę między parkanami Włodarczyka i wylądował w bramce.

W 26 min goście zamknęli nowotarżan w ich tercji. Strzał rywala odważnie na ciało przejął Ł. Gil. Po chwili Różański dopadł gumę i ulokował ją w samym ,okienku”. Wynik ustalił Zaręba po najpiękniejszej akcji spotkania.

PODHALE: Rączka – Sroka, Gretka, Łyszczarczyk, Koszarek, Słowakiewicz – Piotr Gil, S. Smreczyński, Ł. Gil, M. Zapała, Różański – Marcińczak, Łabuz, Rusinowicz, Zaręba, Malinowski – Paweł Gil, T. Podlipni, Szopiński.

Bramki: 0:1 Hub (Syposz) 16, 1:1 Łyszczarczyk 24, 2:1 Różański 26, 2:2 Kuźniecow (Sobera) 31, 3:2 Gretka (Koszarek, Łyszczarczyk) 36, 3:3 Rajczak 39, 4:3 Rusinowicz (Zaręba) 44, 5:3 Zaręba (Różański, Malinowski) 58. Sędziował W. Godziątkowski z Bydgoszczy. Kary: 37 (w tym kara meczu dla Koszarka) i 16 min. Widzów 1000.

Autor artykułu: Stefan LEŚNIOWSKI

Kateheci na kolanach

Saturday, December 16th, 2000

DWORY UNIA Oświęcim – KTH Krynica 8:1 (0:1, 3:0, 5:0) Bohaterem był Leszek Laszkiewicz, który zdobył 3 gole i miał 2 asysty.

I tercja nie wskazywała na wysoką wygraną gospodarzy. W 4 min zza bramki wprost na kij Ślusarczyka zagrał Piątek i napastnik kryniczan nie miał problemów z pokonaniem Brnio. Wynik mogli jeszcze zmienić: Horny, Malicki i Suchomski.

II i III tercja zdecydowanie należała już do oświęcimian. Wyrównał Cinalski, kiedy na ławce kar odpoczywał Chlipała. Po akcji Puzi, Parzyszek wyprowadził miejscowych na prowadzenie. Po wygraniu bulika przez Garbocza, strzałem z pierwszego krążka Jaworskiego zaskoczył Laszkiewicz i było już 3:1. W 44 min Piątek trafił w słupek, ale parę sekund później po ładnej akcji pierwszego ataku mistrzów Polski, Jaworski skapitulował po raz czwarty.

Gospodarze zaimponowali wykorzystywaniem w krótkim okresie czasu gry w przewadze. W 49 min potrzebowali zaledwie 12 sekund i do bramki trafił Wieloch.

Bramki: 0:1 Ślusarczyk 4, 1:1 Cinalski (Cihal, Laszkiewicz) 25, 2:1 Parzyszek (Puzio) 33, 3:1 Laszkiewicz (Garbocz) 36, 4:1 Puzio (Klisiak, Parzyszek) 44, 5:1 Cihal (Laszkiewicz) 45, 6:1 Laszkiewicz (Garbocz) 48, 7:1 Wieloch (Mucha, Horny) 49, 8:1 Laszkiewicz (Gonera) 51. Sędziował L. Więckowski z Warszawy. Kary 4 i 14 min. Widzów 800.

UNIA: Brnio – Zamojski, Piątek, Klisiak, Parzyszek, Puzio – Cihal, Cinalski, Wojciechowski, Garbocz, L. Laszkiewicz – Magiera, Gonera, Horny, Mucha, Wieloch – Malicki, Jarosz, Pohl oraz Jakubik.
KTH: Jaworski (49 Klocek) – Piekarski, Precek, D. Laszkiewicz, Słaboń, Ślusarczyk – Mintel, Chlipała, Proszkiewicz, Ilavski, Cieślak – Tyczyński, Piksa, Suchomski, Voznik, Urban.

Autor artykułu: Andrzej RZYCKI