Kiedy wyczynowy sportowiec dobiega do granicy biologicznej wydolności, klepsydra obraca się po raz pierwszy i ostatni. Można ją, oczywiście przesunąć w czasie, jak stało się to udziałem sir Stanleya Matthewsa, szalejącego po ligowych stadionach z piątym krzyżykiem na ramieniu. Ale to absolutny wyjątek. I niech nikogo nie zwiedzie 5 lokata w krajowym rankingu wyników pewnej chodziarki na 20 km, której Bozia odliczyła równe 64 (słownie: sześćdziesiąt cztery!) wiosny. Reprezentująca, o paradoksie, młodzieżowy klub lekkoatletyczny MKS AZS Łódź, pani Janina Fijałkowska, godna jest wyniesienia na cokoły, aliści jej obecność na liście, jest skutkiem jej litościwego charakteru, a nie tężyzny w nogach i płucach. Pani Janka postanowiła ratować konkurencję chodu na MP w Zamościu, do której zgłosiło się raptem dwie zawodniczki. Należało znaleźć tą trzecią, aby stało się zadość regulaminowym wymogom. Więc kobiecisko zdjęło kiecki, wskoczyło w dres i poszło w trasę. Chód się odbył, pani Janeczka przybyła do mety jakieś pół godziny za rywalkami, ale medal brązowy zawisł na jej przedwojennej piersiÉ
Krystyna Szymańska-Lara mogła by być wnuczką wspomnianej lekkoatletki, ale łączy ją z nią jedna wspólna cecha. Mianowicie miłosierna miłość wobec uprawianej dyscypliny i wola poświęcenia się dla niej. Fijałkowska ratowała prestiż mistrzostw Polski, Lara chciała pomóc reprezentacji koszykarek w olimpijskim starcie. Tego od niej wymagał nie tylko obowiązek kapitana zespołu, w dodatku czempiona Europy, ale zwykła koleżeńskość. Kłopot w tym, że wiślaczka zepsuła nogę jakoś na początku okresu przygotowawczego do igrzysk. Gdyby kierowała się zdrowym rozsądkiem i troską o własną karierę, mogła olimpiadę olać i spokojnie leczyć staw kolanowy. Ale nie, ona jest odmianą romantyczki, sportowym skrzyżowaniem Joanny d’Arc z Emilią Plater. Z tego to powodu, podobnie jak obie damy, znane z historii, pani Krystyna popadła w tarapaty i broni się przed pójściem na podpałkę. Ma żal do Wisły, chociaż powinna mieć i do PZKosza, za to, że odnowiona za sprawą igrzyskowego startu kontuzja, skutkuje znacznym obniżeniem klubowych profitów, wynikających z kontraktu. Dziewczyna postanowiła w geście determinacji odejść z Krakowa i szukać nowego pracodawcy, którego perspektywa długoterminowego leczenia i rehabilitacji specjalnie nie przeraża.
Nie mam najmniejszych oporów moralnych z zajęciem solidarnościowego stanowiska wobec jej frustracji. Po pierwsze, dlatego że Lara przez siedem długich sezonów służyła Wiśle z całym oddaniem. Tyrała na parkiecie za conajmniej dwie zawodniczki, nie żałowała ani serca ani kończyn w walce o cześć i chwałę wiślackiej drużyny. Po drugie, może za przesadnie rwała się do wyjazdu do Sydney nie bacząc na stan kolana, ale – na Boga – dzięki temu na marmurowym Panteonie wiślackich olimpijczyków, dzięki jej zdrowotnej szarży, widnieje jeszcze jedno nazwisko! I chociaż nie ma żadnej pewności, że po kolejnej przerwie w grze, wróci na parkiet w pełni formy, do której nas przyzwyczaiła, warto utrzymać dla niej dotychczasową gratyfikację. Tak, jak gdyby nic się nie działoÉ Osobiście skłaniałbym się jednak nie do oceny przyszłej przydatności, ani nawet do sporządzania analizy ekonomicznej podtrzymania warunków kontraktu. Tu narzuca się kategoria jak najbardziej opierająca się rachunkom i rachubom. Idzie o pryncypia, wedle których dotknięta kontuzją, nawet eliminującą z gry do końca, zawodniczka ma prawo liczyć na ludzkie potraktowanie. Wyświechtane powiedzenie o Murzynie, który zrobił swoje, gdzie jak gdzie, ale w roku 2000, w mieście-stolicy europejskiej kultury, w klubie znanym z inteligenckiego przechyłu kadrowego, nie powinno mieć zastosowania. Choćby ze względu na wrażliwość sterników.
Powyższe wynurzenie płynie z przekonania, że współczesny wyczyn nie powinien utracić resztek humanistycznego pierwiastka. Nie powinien pozwolić na ostateczną dominację skrajnego komercjalizmu. Wynurzenie byłoby głęboko chybione tylko w jednym przypadkuÉ Oto Krystyna Lara, gnębiona kontuzją, znalazła zgrabny pretekst, aby urwać się z Wisły i gdzie indziej podpisać intratny kontrakt, raz jeszcze zarobić na zmianie barw! Nie tylko teoretycznie jest to możliwe, bo mowa jest o zawodniczce z żelaza, która zapewne chodziarce Fijałkowskiej nie dorówna żywotnością, ale parę sezonów zaliczy, choćby o jednej nodze. Gdyby ten scenariusz był bliższy prawdy, wówczas cały, nakreślony tu czar felietonowy, pryska jak dmuchana bombka na wigilijnej choince. Chciałbym wszakże wierzyć, że moja wiara w olimpijski duch uczestników igrzysk, nie jest czczą naiwnością. Oby!
Autor artykułu: Ryszard Niemiec