Trzeszczały kości


WISŁA Kraków – POLONIA Warszawa 2:2 (1:1). Bramki: Frankowski 33 i Pater 51 min. – Moskal samobójcza 15 i Bąk 80 min. Sędziował R. Małek z Katowic. Żółte kartki: Moskal, Moskalewicz – Bartczak, Pawlak, Gołaszewski, Bykowski, Tarachulski. Czerwona kartka: Żvirgżdauskas w 26 min za podcięcie z tyłu rywala. Widzów około 8 tys.

WISŁA: Sarnat – Baszczyński (86. M. Zając), B. Zając, Moskal, Głowacki – Szymkowiak (3. Pater), Czerwiec (86. Kulawik), Moskalewicz, Kosowski – Frankowski, Żurawski.

POLONIA: Krzyształowicz – Gołaszewski, Kaliszan, Żvirgżdauskas, Kaczorowski – Bartczak (73. Tarachulski), Pawlak (56. Udenkwor), Ekwueme, Dąbrowski (31. Malinowski) – Bąk, Bykowski.

To nie był mecz, ale bitwa, w której w roli napastników wystąpili goście, a gospodarze nieco zdeprymowani brutalnością rywali mimo wszystko postanowili bardziej pokojowymi metodami swój cel, czyli zwycięstwo osiągnąć. Po części trener Franciszek Smuda miał o to do swoich podopiecznych po meczu pretensje, bo piłkarz powinien być przygotowany na podjęcie każdego rodzaju walki. Natomiast sędzia jest od temperowania rozgrzanych głów, gdy piłkarze o przepisach zapominają. I sędzia Małek z tej powinności w pełni się wywiązał, chociaż gdyby taki Bykowski za atak na nogi Moskala, a nie na piłkę, już wcześniej kartkę zobaczył, to krzywdy na pewno by nie miał.

Polonia gra ostro, czasami wręcz faul i przy uważnym arbitrze ponosi za to karę. W 26 min sędzia Małek wyrzucił z boiska Żvirgżdauskasa. Wisła nie 64 minuty, ale aż 72 grała w przewadze (sędzia pierwszą i drugą połowę przedłużył po 4 min) i niestety tej przewagi nie wykorzystała. Dlaczego? Bo Polonia zdobywała gole nie przemocą, ale rzeczywiście dobrą grą, a Wisła długimi momentami nie potrafiła dotrzymać jej kroku. Przez sporą część pierwszej połowy gospodarze oddali inicjatywę w ręce polonistów, którzy tylko z racji własnej niefrasobliwości po pierwszych 45 min remisowali. Przy stanie 1:0 dla nich sytuację marzeń miał Dąbrowski, ale w bramkę nie trafił. Ta sytuacja szybko się na nich zemściła, bowiem Frankowski do końca śledził poczynania wykonującego rzut karny Żurawskiego i dzięki temu zdążył celnie piłkę dobić.

Polonia bardzo dobrze grała skrzydłami, gdy przyszło się jej bronić, skutecznie rozbijała ataki wiślaków przed własnym polem karnym. Z kolei w krakowskim zespole nie miał kto poprowadzić gry, co odbijało się na grze ofensywnej, pomocnicy nie potrafili również wspomóc w defensywie swoich kolegów, też nie najlepiej w tym dniu dysponowanych. Liczne błędy były udziałem każdego z obrońców, nie ma więc potrzeby ,wyróżniać” kogokolwiek z nazwiska. Można za to wszystkim wytknąć, że dali się nabrać Udenkworowi: widząc zawodnika o posturze przypominającej rugbistę, nie poświęcili mu większej uwagi. Ten może i śmiesznie pląsał po boisku z piłką, ale się na niej nie przewracał, a w 80 min ograł niczym dzieci krakowian i wyłożył piłkę Bąkowi tak, że ten nie mógł gola nie strzelić. A był to gol na wagę remisu w tym meczu.

Autor artykułu: Janusz KOZIOŁ

Comments are closed.