Po losowaniu grup eliminacyjnych MŚ za faworytów grupy V uznawano powszechnie Ukrainę i Norwegię. Zwolennicy biało-czerwonych nieśmiało mówili i o naszych szansach, ale po ostatnich kilkunastu latach całkowitego braku sukcesów w tych rozgrywkach, sprawę można było rozpatrywać w kategoriach pobożnych życzeń. Zgodnie z powiedzeniem: chciałoby się sukcesu, tylko podstaw nie ma! Dziś te solidne podstawy podopieczni Jerzego Engela zbudowali sobie sami, wygrywając na półmetku eliminacji 4 spotkania i jedno remisując.
Teraz Polska z 13 pkt. na koncie jest już wielkim faworytem grupy V. Stwierdzenie ,wielki” ma oczywiście rację bytu tylko przy zachowaniu należytej ostrożności o utrzymanie przewagi nad konkurencją. A tą można powiększyć lub ją stracić zarówno w tych meczach uznawanych za ważne, jak i z potencjalnymi outsiderami naszej grupy. Z tego wynika jeden podstawowy wniosek: do końca eliminacji nie ma meczów mało ważnych!
Niespodzianka z Polską w roli głównej z naszego punktu widzenia może nawet już taką niespodzianką nie jest. Za to dziwimy się, że za plecami depta nam po piętach nie Norwegia czy Ukraina, ale w ogóle nie brana pod uwagę Białoruś. W środę nasi wschodni sąsiedzi utrzymali dystans do Polaków w ostatnich sekundach spotkania, strzelając zwycięską bramkę już w przedłużonym czasie gry, w 93 min. Dla Białorusi oznaczało to wielką radość, dla Norwegów koniec najmniejszych choćby nadziei na włączenie się do walki o wyjazd do Korei i Japonii. Trochę przykro, gdy największy faworyt poległ w tych eliminacjach niemal bez walki!
Walijczycy ,urwali” nam jesienią jedyne punkty, teraz byli sprzymierzeńcami Polaków, remisując z Ukrainą. Pięć punktów przewagi jakie mamy nad ekipą Szewczenki i Rebrowa ma niezwykle wymierną wartość, szczególnie w kontekście tego, że rewanż z nimi grać będziemy w Polsce.
Wróćmy jeszcze do spotkania warszawskiego. Trudno przeceniać wygraną 4:0 nad wyjątkowo słabą w tym dniu Armenią, ale punkty są punktami i warto się z nich cieszyć. W takiej sytuacji nawet nie wypada zbyt dogłębnie analizować już teraz potyczki z Ormianami, dajmy się zespołowi nacieszyć tym zwycięstwem. Później przyjdzie czas, by przestrzegać przed euforią, który to stan będzie do przyjęcia dopiero po awansie. Dość już przegranych szans, choćby i w ostatnich meczach eliminacyjnych. Teraz czas na autentyczną radość, a tą daje tylko i wyłącznie awans.
Jedyny wiślak w ekipie Jerzego Engela, Radosław Kałużny, tym razem nie należał do wyróżniających się postaci spotkania. Ale trudno się temu dziwić, po kontuzji zawodnik powoli dochodzi do siebie, miejmy nadzieję że jeszcze w tym sezonie wróci do wielkiej formy jaką prezentował jesienią w meczach z Ukrainą czy Białorusią. Na tą wielką formę czekają i w Krakowie…
- Wygraliśmy kolejny bardzo ważny mecz – powiedział w środę wieczorem Radosław Kałużny. – Cieszymy się, ale jednocześnie pamiętamy, że to jeszcze nie koniec eliminacji. W spotkaniu z Armenią chcieliśmy jak najszybciej strzelić gola. Kiedy to się udało mogliśmy już grać bardzo spokojnie.
Stwierdzenia ,znakomicie” użył trener Engel oceniając występ wychowanka Hutnika, Marka Koźmińskiego. Zawodnik ten ostatnio niewiele gra we włoskiej Brescii, ale w reprezentacji pokazał wszystkim na czym polega boiskowa mądrość.
- Strzeliliśmy rywalowi 4 gole, co mogłoby świadczyć o jego słabości. Moim zdaniem nam po prostu odpowiada styl gry jaki prezentują Ormianie i to wykorzystaliśmy. Teraz trzeba nam trochę wypoczynku przed decydującą walką o awans – powiedział piłkarz Serie A.
Autor artykułu: Janusz KOZIOŁ