Rozmowa z Wiesławem Kolarzem
- Wiesiu, kim ty właściwie jesteś – poetą czy dziennikarzem?
– Cholera wie, kim jestem. Wymyśliłem sobie w życiu, że będę poetą. Nie chciałem być dziennikarzem.Jeśli już to radiowym. Chciałem robić coś konkretnego- stąd pomysł by pójść do radia, do rozrywki. Robiłem w życiu różne rzeczy. Byłem niezłym recytatorem, wygrywałem nawet konkursy recytatorskie. Byłem też działaczem kulturalnym. Właściwie zmuszony przez życie zostałem dziennikarzem prasowym. Współpracowałem z ,Zarzewiem”, ,Głosem Młodzieży”, wcześniej jeszcze pisywałem w ,Echu Akademickim”. Nie pociągało mnie to specjalnie. W 1973 roku trafiłem jednak do ,Gazety Krakowskiej” i tak już w niej jestem.
– No to niezły paradoks – facet, który wprost mówi, że dziennikarski zawód niespecjalnie go pociągał, zostaje laureatem prestiżowej nagrodyÉ
- Zapewne jest to paradoks. Ale jak już wszedłem w ten fach, starałem się go wykonywać najlepiej jak potrafię. Nigdy nie byłem dobrym reporterem, to mnie nie pociągało.
– Powinno, bo to przecież w pewnym sensie literacka forma dziennikarska. Można się w niej rozwinąć
- Ja wolałem redagować gazetę. To była dla mnie przyjemność, zakładając oczywiście, że praca jest przyjemnością. Redagowanie mnie pociągało, bo przy tym byłem swego rodzaju reżyserem, decydowałem o kształcie gazety. Kiedyś chciałem być reżyserem i byłem. Wyreżyserowałem kilka widowisk młodzieżowych, wojewódzkie dożynki, pisałem scenariusze. Potem zadowoliłem się gazetą
- Przestałeś czuć się poetą przywalony prozą życia?
- Czułem się poetą, ale wiedziałem doskonale, że bycie poetą znaczy, że należy robić co innego a wiersze pisać sobie w nocy. Z poezji się nie wyżyje. Bodaj trzech poetów w Polsce żyje z poezji.
– Dlaczego nie piszesz wierszy na komputerze, tylko bazgrolisz po kartkach?
- Różewicz kiedyś powiedział, że by napisać dobry wiersz trzeba wziąć do ręki ołówek, nawet nie pióro i mieć kontakt z papierem. Komputer może służyć, co najwyżej, do przepisania wiersza. W ogóle te najlepsze, prawdziwie udane, nosi się w sobie. One nie wymagają spisywania.
– Co czułeś na tym podwyższeniu w Sali Fontany, jako szacowny laureat ,Złotej Gruszki”, hołdobiorca i w ogóle ważna persona?
– Głupio się czułem. Nawet nie przez skromność. Po prostu nie lubię być na świeczniku. Nie lubiłem nigdy, nie lubię nadal i nie pchałem się do zaszczytów. Oczywiście jest mi bardzo przyjemnie, że zostałem wyróżniony ,Gruszką”, że przyszło tylu przyjaciół i znajomych i że dostałem ją ja, facet zajmujący się kulturą, z punktu widzenia współczesnego dziennikarstwa, jak twierdzą niektórzy, mało medialną dziedziną życia.
- Nie wierzysz w jej upadek?
- Nie wierzę. Kultura się trzyma i nawet dobrze się trzyma mimo fatalnego nią zarządzania. Powtarzam – fatalnego a w Krakowie wręcz tragicznego. Dobrali się, czy też wyznaczono do tego kierowania ludzi, którzy się kompletnie na kulturze nie znają. Był krótko Głowacki, to był dobry wybór, ale przepadł bo zadarł z różnymi ważnymi, z ich punktu widzenia, personami. Natomiast ja nie ubolewam nad stanem kultury, ponieważ wierzę, więcej, wiem to, że kultura się sama obroni. Obroni się galeriami, teatrem, także amatorskim. Tego jest dużo, tak dużo, że czasem nie wiadomo co wybrać co recenzować. W Warszawie bywam rzadko, ale przy okazji tych pobytów porównuję krakowską i warszawską ofertę kulturalną. Kraków pod tym względem jest znacznie bogatszy. Kiedyś miałem możliwość przeniesienia się do Warszawy i zrezygnowałem. Dzisiaj nie żałuję – cudownie jest być w Krakowie.
- Dziękuję Ci za rozmowę i raz jeszcze gratuluję nagrody.
Autor artykułu: Konstanty Migdał