Zaskakująca Edyta Jungowska

October 30th, 2001

Edyta Jungowska zaskoczyła bywalców V Jesiennego Festiwalu Teatralnego. Znana przede wszystkim jako siostra Bożenka z serialu ,Na dobre i na złe” pokazała, co potrafi zrobić ze swoim głosem.

Liryczne teksty przez nią śpiewane, nowe interpretacje starych przebojów były zaaranżowane w ten sposób, że publiczność oczekiwała w napięciu na każdy kolejny wers.

Spektakl muzyczny ,Gotujący się pies” zawierał w sobie śpiew małej dziewczynki, głos dojrzałej kobiety, łkanie, pisk, krzyk i szept.

Jungowska stworzyła niepowtarzalny klimat. Sala zamarła – nikt się nie odzywał, nie komentował, nie ruszał. Każdy chciał usłyszeć to wszystko, co aktorka miała zamiar przekazać.

I udało się Publiczność wyszła zachwycona możliwościami głosowymi ,siostry Bożenki”, jej naturalnością i umiejętnościami wokalnymi.

Autor artykułu: Maria OLSZOWSKA

Jak zwykle rewelacyjni

October 30th, 2001

Bywalcy Festiwalu spodziewali się, że spektakl wystawiony przez Teatr ,Kwadrat” z Warszawy będzie wielkim wydarzeniem. Nie spodziewali się jednak tego, że ponad dwie godziny spędzone w ich towarzystwie będą tak rewelacyjną zabawą.

Wielkie gratulacje należą się organizatorom Festiwalu, którzy co rok zapraszają ,Kwadrat”. W Warszawie trudno jest dostać bilety na ich spektakle. W Nowym Sączu publiczność mogła z bliska zobaczyć największe gwiazdy z Janem Kobuszewskim i Pawłem Wawrzeckim na czele.

- Przeżycia z tego wieczoru będą niezapomniane – komentowano w przerwie spektaklu.

Później ustawiła się długa kolejka łowców autografów i osób, które chciały sobie zrobić zdjęcia z bohaterami wieczoru.Publiczność oklaskiwała aktorów bardzo długo. Fot. Stanisław ŚMIERCIAK

Autor artykułu: Maria OLSZOWSKA

Bankowa fuzja

October 30th, 2001

Co najmniej kilkunastu pracowników tarnowskich oddziałów Banku Przemysłowo-Handlowego oraz Powszechnego Banku Kredytowego straci wkrótce pracę. Od stycznia oba banki połączą się w jeden ? BPH-PBK.

Dopiero jednak pod koniec roku będzie znana struktura organizacyjna nowego banku w Tarnowie. Na razie rozważane są dwie koncepcje. Pierwsza mówi, że będą tutaj działać dwa autonomiczne oddziały. Druga ? z naszych informacji wynika że bardziej prawdopodobna wersja ? przewiduje, iż w Tarnowie będzie jeden oddział (na ulicy Wałowej, a na Krakowskiej, gdzie mieści się obecnie PBK tylko jego filia). Ale jedno jest pewne na dotychczasowych zwolnieniach w obu bankach, nie skończy się. W BPH-u z pracy musiało już odejść kilkunastu pracowników.

Według dyrektora tarnowskiego oddziału BPH-u Zbigniewa Procia, każdy zwolniony bankowiec otrzymał spore odszkodowanie, ale przyczną zwolnień nie była fuzja, ale automatyzacja i komputeryzacja pracy banku.

? W obu bankach prowadzony jest teraz proces restrukturyzacji zatrudnienia. Ze wstępnych analiz wynika, że po fuzji obydwu banków nastąpią jednak kolejne zwolnienia ? mówi rzecznik prasowy warszawskiej centrali BPH Robert Water, który przyznaje, że dotyczyć to będzie nawet do trzydziestu procent zatrudnionych. ? Nie mogę jeszcze powiedzieć, jak to będzie wyglądało w Tarnowie.

Szefostwo musi dokładnie przeanalizować sytuację.

Podobne zdanie ma szef Działu Public Relations PBP Marek Kuciński. Według niego decyzja o fuzji banków pociąga za sobą groźbę zwolnień w tym i w Tarnowie, ale przyczyni się do poprawy jakości i standardu świadczonych usług.

? Odczują to nasi klienci ? mówi M. Kuciński.

Tymczasem pracownicy PBK boją się, że w przypadku zwolnień, będą pierwsi na liście. Tym bardziej że więcej do powiedzenia będą mieli ?ludzie? z BPH, bo kapitał tego banku jest dwukrotnie większy.

Te pogłoski dementuje jednak R. Water twierdząc, że jedyne kryterium stosowane w BPH opiera się na przygotowaniu merytorycznym pracowników, a nie na tym czy ktoś pracował w BPH-u czy w PBK.

Autor artykułu: (mir)

Praca wre

October 29th, 2001

Redakcja ,Gazety Krakowskiej” zainicjowała i patronuje budowie garażu, równocześnie sali do tenisa stołowego, przy Rodzinnym Domu Dziecka nr 3 w Nowym Sączu. Całe nasze przedsięwzięcie możliwe jest dzięki życzliwości wielu firm i ludzi z Nowego Sącza, a także z Sądecczyzny.

Na placu budowy wre już praca. Ekipa OHP 6-37 w Nowym Sączu i przedsiębiorstwa Budmex zalały już fundamenty, a beton dostarczyła swymi samochodami Chemobudowa. Chociaż placówka jest na terenie miasta wywrotki z piaskiem potrzebnym do budowy spontanicznie podesłał tam przewodniczący Rady Powiatu Nowosądeckiego, Jan Duda.

Dotarła na miejsce stal z firmy Gór-Hut. Różne niezbędne, a bardzo kosztowne materiały dał w podarku Jerzy Lis, właściciel Agencji Budowlanej ABJ w Chełmcu.

Do pomocy w prowadzeniu budowy włączył się też sojusznik Rodzinnego Diomu Dziecka nr 3 prowadzonego przez Halinę Obrzud, wiceprezydent Nowego Sącza Piotr Pawnik.

Autor artykułu: Stanisław ŚMIERCIAK

Rozliczyli Marciszów

October 29th, 2001

Aż 9 radnych przysłuchiwało się zebraniu Wspólnoty Mieszkaniowej przy ul. Broniewskiego 12 w Nowym Sączu. Najwytrwalsi uczestnicy zebrania przegłosowali na koniec wniosek o odwołanie Zarządu na czele z prezes Urszulą Marcisz.

Zebrania lokatorów bloku, gdzie mieszka 90 rodzin, przeważnie byłych pracowników ZNTK, mają już swoją sławę. W żadnej wspólnocie mieszkaniowej temperatura dyskusji nie jest tak gorąca, nigdzie indziej nie ma takich emocji.

Konflikt wybuchł wiosną br., gdy grupa mieszkańców pod wodzą Wiesława Gawlikowskiego, zakwestionowała koszty ocieplenia bloku, zarzucając prezes Marcisz niegospodarność.

Wtedy Urszula Marcisz zmobilizowała swoich zwolenników, którzy w swoim czasie powierzyli jej zarządzanie blokiem. Od tej pory każde zebranie przeradzało się w regularną bitwę.

Gawlikowski wytaczał coraz cięższe działa, a to że zarządca ukrywa dokumentację finansową Wspólnoty, że są zlecane roboty bez przetargu, że odwala się fuszerkę, a generalnie pani prezes źle rządzi pieniędźmi mieszkańców.

Druga strona rewanżowała się Gawlikowskiemu epitetami – pieniacz i rozrabiaka, natomiast co do meritum – jest to kwitnąca Wspólnota Mieszkaniowa z licznymi sukcesami remontowo-budowalnymi na koncie i niewysokim czynszem.

Wrześniowe zebranie zakończyły się totalną pyskówką (kolejarze, choć schorowani, przemawiać potrafią) i tym razem Gawlikowski zaprosił na zebranie radnych i media, a pani prezes musiała się z tym pogodzić.

W piątek rozpoczęto tradycyjnie, czyli ogólnym rozgardiaszem, nad którym, o dziwo udało sią zapanować siłą wybranej na przewodniczącą zebrania Władysławie Bąbie.

Półtorej godziny trwało głosowanie porządku dziennego obrad. Po jego uchwaleniu Urszula Marcisz przepuściła generalny szturm na Gawlikowskiego, posiłkując się zebranymi korespondencyjnie uchwałami mieszkańców.

M.in. była tam uchwała, że mieszkańcy za żadne skarby nie godzą się, aby ukochana pani prezes zrezygnowała ze swojej funkcji, co zapowiadała we wrześniu, i druga, że dozgonnie cofa się temu wstrętnemu Gawlikowskiemu i dwójce jego równie wstrętnych kumpli pełnomocnitwa do reprezentowania mieszkańców w prokuraturze i wszędzie indziej.

Sęk w tym, że podpisy pod korespondencyjnymi uchwałami zbierano wybiórczo. ,Ankieterzy” szerokim łukiem ominęli z 40 mieszkań, co skutkowało na przykład tym, że wybrana w takim trybie Komisja Rewizyjna składała się z samych zwolenników pani prezes.

Ten numer, oczywiście, nie przeszedł i dalsza część zebrania należała już bezapelacyjnie do tandemu Gawlikowski – Słaby.

Z zimną krwią wypunktowali grzechy Zarządu, z koronnym argumentem, że pani prezes nie chce im pokazać papierów, bo widocznie ma coś do ukrycia.

Mówiono też, że rozliczenie CO powinno być roczne, a nie za 9 miesięcy, jak chciał Zarząd, gdyż tak jest na całym świecie i sezon grzewczy liczy się od września do września.

W miarę upływu czasu wykruszało się grono zwolenników Marciszowej, natomiast ludzie Gawlikowskiego siedzieli, jak przyspawani. Na koniec przy mocno już przerzedzonej sali postawiono wniosek o odwołanie całego Zarządu Wspólnoty.

W trakcie zebrania zabierali też głos radni, m.in. Józef Hojnor (AWS), Zofia Pieczkowska (Nowy Sącz 2000) i Dominika Kroczek (SLD). Pomimo iż reprezentują różne kluby w Radzie Miasta i często się kłócą – murem stanęli za Gawlikowskim.

- Nie wolno ludźmi manipulować, jednych straszyć, a drugich kupować cukierkami – komentuje radny Hojnor. – Rola Zarządu Wspólnoty służebna. Mieszkańcy o każdej porze dnia i nocy mają prawo wglądu do dokumentacji finansowej, bo to są ich pieniądze. A te uchwały korespondencyjne to już czysta komedia, w sądzie się nie utrzymają.

Autor artykułu: Henryk SZEWCZYK

Nasi z Zaolzia

October 29th, 2001

- Naszą misją jest podtrzymywanie polskości na Zaolziu – powiedział Andrzej Hrydzewicz, reżyser fredrowskiej ,Zemsty” zaprezentowanej w sądeckim DKK przez Tesinske Divadlo, teatr polski z Czeskiego Cieszyna.

- Polacy stamtąd nie wyjechali, tylko granica się oddaliła. Tak więc mamy dla kogo pracować i mamy też przed sobą ważne cele: nie tylko wychowawcze i patriotyczne. Jesteśmy na Zaolziu jedyną placówką umożliwiającą kontakt z polskim językiem literackim i żywym polskim słowem.

Scena Polska Tesinskeho Divadla to jedyny polski teatr zawodowy poza granicami kraju w dodatku finansowany z pieniędzy czeskiego samorządu lokalnego. Powstała w 1951 roku i funkcjonuje do dziś obok Sceny Czeskiej starszej o jedyne 6 lat.

Polscy aktorzy z Cieszyna (a jest ich 17) pracy mają niemało. Zespół przygotowuje średnio 6 premier rocznie, wystawia w sezonie ponad 200 przedstawień zarówno u siebie jak na objeździe: w kilku miejscowościach czeskich, kilkunastu polskich oraz na Słowacji, Litwie, Ukrainie i w Austrii.

Na okrągły jubileusz 50-lecia Tesinske Divadlo wystawiło mickiewiczowskie Dziady. Na V Jesienny Festiwal Teatralny do Nowego Sącza przyjechali z Zemstą. Ciekawostka: muzykę do spektaklu napisali bracia Lukasz i Paweł Golcowie.

Jak się dowiedzieliśmy współpraca słynnych bliźniaków z teatrem z Czeskiego Cieszyna to efekt przyjaźni z nimi kierownika Sceny Polskiej – Jerzego Batyckiego.

Zapytani jak gra się dla polskich widzów w Polsce aktorzy byli zgodni co do jednego: nieco łatwiej niż dla polskich widzów poza granicami kraju.

- Gdziekolwiek poza Polską musimy swojego widza nieustannie zdobywać, jako widza teatralnego w ogóle i jako widza polskiego repertuaru. Musimy sprostać nie lada wymaganiom i nie lada konkurencji. Tutaj natomiast jesteśmy polskim teatrem jednym z wielu. Jest łatwiej, co nie znaczy, że mniej się staramy.

Autor artykułu: Iwona KAMIEŃSKA

Odeszła kobieta gór

October 26th, 2001

W nocy ze środy na czwartek po długiej chorobie zmarła w wieku 100 lat Zofia Radwańska-Paryska, pierwsza kobieta gór, pisarka, botanik, naukowiec. Człowiek nietuzinkowy, i ze względu na swój charakter, jak i na osiągnięcia, w które obfitowało jej niezwykle aktywne, bogate życie.

Mimo swej wyjątkowości była skromna – podkreślają wszyscy, którzy ją znali osobicie. – Cechą wyróżniającą Zofię spośród innych ludzi była nieprawdopodobna wierność w przyjaźni – mówi profesor Zbigniew Mirek, który od 25 lat przyjaźnił się z państwem Paryskich.

Gasła już od dawna… Z trudem przeżyła śmierć swego najbliższego przyjaciela – męża Witolda Henryka Paryskiego.

Załamała się wtedy, a jej bliscy myśleli już nawet, że wkrótce dołączy do niego. Pogodziła się jednak do pewnego stopnia, zaczęła interesować się otoczeniem, czytała, o ile pozwalała jej choroba. 3 maja, choć nieosobiście, przyjęła przyjaciół, znajomych, bliskich, którzy przyszli złożyć jej życzenia i przynieśli mnóstwo kwiatów z okazji setnych urodzin. Jeszcze miesiąc temu oburzała się (i wysłała pismo do ministra własnoręcznie podpisane) przeciwko decyzji odwołania dyrektora Byrcyna. Wkrótce potem poczuła się bardzo źle i już wtedy było wiadomo, że tym razem odchodzi…

- Zaglądaliśmy do Zofii regularnie, raz na dwa tygodnie, i czuwaliśmy z żoną, choć na odległość, aż do samego końca – mówi profesor Mirek z Krakowa. – Myślałem, co mógłbym o Zofii Paryskiej jako o człowieku powiedzieć? Co było w niej ważne, co czyniło z niej osobę wyjątkową, nietuzinkową. To, co ją wyróżniało – to była wręcz nieprawdopodobna wierność w przyjaźni, co o niewielu można dziś powiedzieć. Nie zaprzyjaźniała się łatwo, w kontaktach z ludźmi pozostawała raczej na dystans, była dystyngowana. Gdy się jednak z kimś zaprzyjaźniła, była niezywkle oddana. A przyjaźniła się nie tyko z ludźmi. Obdarzała swą przyjaźnią roślinki, które hodowała w ogrodzie, każdą – pamiętam, traktowała inaczej, inywidualnie, znała ich losy. Tak samo z przyjaźnią traktowała zwierzęta, zwłaszcza swoje koty. A trochę ich miała. Co jeszcze zadziwiało mnie w Zofii, to że do ostatnich dni interesowała się tym, co w świecie się dzieje, kazała sobie opowiadać, przeżywała. Gdy z żoną nie tak dawno byliśmy u Zofii, czytała, oczywiście bez okularów, po raz kolejny… ,Noce i dnie”! Przez całe swoje życie czytała mnóstwo. Była niezwykle oczytana w literaturze. Pięknie też mówiła: bogatym, poprawnym, literackim językiem. Interesowała się ponadto muzyką, wysłuchała wszystkich konkursów Chopina i Wieniawskiego. Sama zresztą grała na skrzypcach. Długo utrzymywała bardzo dobrą kondycję fizyczną: w wieku 86 lat była wraz z nami nad Morskim Okiem. Była wszechstronna. Dziś już, niestety, mało takich ludzi!

Zofia Radwańska-Paryska to nie tylko wspaniały, wyjątkowy charakter. To także człowiek, którego biografia obfituje w wiele osiągnięć: dokonuje wielu trudnych pierwszych przejść letnich i zimowych, jako pierwsza kobieta z Polski zdobywa Mont Blanc, Matterhorn i inne szczyty w Alpach. Jako pierwsza kobieta prowadziła kursy taternickie i narciarskie, również jako pierwsza kobieta została ratownikiem TOPR i jako pierwsza w świecie kobieta uzyskała wysokogórskie uprawnienia przewodnickie. W roku 33 uzyskała doktorat na Uniwersytecie Warszawskim z geografii i botaniki, pracowała przez kilka lat jako kustosz w Muzeum Tatrzańskim, a potem aż do emerytury kierowała Tatrzańską Stacją Naukową. Pozostawiła po sobie spory dorobek naukowy: m.in. ,Encyklopedię Tatrzańską” (napisaną wraz z mężem), ,Zielony świat Tatr”, ,Rośliny tatrzańskie”, ,Zarys fizjografii Tatr Polskich i Podhala”, ,Mozaikę Tatrzańską”.

W grudniu wraz z mężem otrzymała honorowe obywatelstwo Gminy Tatrzańskiej, a w 2000 r. – Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Autor artykułu: HAK

Nie mają na wypłatę odszkodowań

October 26th, 2001

Do 2005 roku właściciele działek zajętych kiedyś na drogi powiatowe i gminne mogą składać wnioski o odszkodowanie. Wszystko wskazuje na to, że uzyskanie pieniędzy potrwa. Samorządy nie mają środków na wypłatę, a załatwienie wszystkich formalności jest skomplikowane i czasochłonne.

- W tym roku nie otrzymaliśmy żadnych pieniędzy z województwa na wypłatę odszkodowań, są sygnały, że w przyszłym roku będą jakieś środki, jednak za wcześnie by mówić ich wysokości – informuje Jolanta Koptyra z wydziału gospodarki nieruchomościami w Starostwie powiatowym – uregulowanie wszystkich spraw będzie trwało, ponieważ zaniedbano te sprawy w przeszłości i teraz najczęściej musimy rozgraniczać poszczególne działki, określać, jaka część została przejęta pod drogę – dodaje.

Problem pojawia się, gdy nie wszyscy właściciele działek zajętych na drogę zgłaszają się do urzędu, bowiem wówczas, jeżeli nawet ureguluje się sprawę jednej działki to do rozstrzygnięcia pozostają inne na tej samej drodze.

- Najpierw staramy się załatwiać te sprawy tam, gdzie stan prawny działek jest jasny, mamy wpisy w księgach wieczystych i bez dużego nakładu finansowego możemy określić odszkodowanie – wyjaśnia Jolanta Koptyra – poza tym jest łatwiej, gdy zgłoszą się wszyscy właściciele działek przy drodze wówczas załatwiamy sprawę kompleksowo i z daną drogą wszystko jest jasne – dodaje. Problemem są też drogi, które jak się okazuje biegną zupełnie inaczej na mapie niż w rzeczywistości. Wówczas trzeba zmieniać dokumentację, dochodzą dodatkowe formalności. Osobna kwestią jest, gdy mieszkańcy zrzekli się w przeszłości odszkodowania, bowiem chcieli by droga biegła w innym miejscu niż pierwotnie planowano np. bliżej ich domów ułatwiając dojazd. Wtedy po przedstawieniu dokumentu, w którym właściciel działki zrzeka się rekompensaty odszkodowanie nie jest konieczne. Jednak nawet w tych przypadkach trzeba docierać do starych dokumentów, wszystko wymaga dużego nakładu pracy i czasu. Podobny problem mają też gminy, które przejmują drogi gminne.

Autor artykułu: SOL

Menedżerskie spojrzenie na kran

October 26th, 2001

O 5,45 procent droższa woda i o 25 procent wyższa cena ścieków – to propozycja Rejonowego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Chrzanowie na przyszły rok. Ostatecznie o wzroście tych opłat zdecydują przedstawiciele Trzebini, Chrzanowa i Libiąża w Międzygminnym Związku Gospodarka Komunalna.

Podatek od sieci wodociągowych i kanalizacyjnych (w tym roku wynosi 1 procent, a w przyszłym będzie wyższy), wysokie koszty amortyzacji, opłaty za korzystanie ze środowiska, konieczność modernizacji sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, wreszcie – inflacja. To niektóre powody proponowanej podwyżki, wymieniane przez prezesa RPWiK – Emila Tobolskiego.

- W przypadku ścieków podwyżka jest większa, bo wyższe są koszty amortyzacji majątku związanego z siecią kanalizacyjną niż wodociągową. Ponadto sprzedaż ścieków jest dużo mniejsza niż sprzedaż wody – tak prezes RPWiK wyjaśniał chrzanowskim radnym na posiedzeniu komisji gospodarki komunalnej planowany wzrost ceny ścieków.

Nerwowo na słowa szefa RPWiK zareagował członek zarządu miejskiego w Chrzanowie, Stanisław Zygadło, mieszkający w dziesięcioosobowym gospodarstwie domowym, w którym zużywa się sporo wody. Wątpliwości nie krył też radny Jan Paszcza.

- Mówi pan z punktu widzenia menadżera. Pod względem ekonomicznym wszystko się zgadza. Podwyżka wynika z przychodów i rozchodów. Ale liczy się też społeczne spojrzenie. W kraju jest ciężka sytuacja, żyje się coraz gorzej, to pan jako prezes też nie może żyć w luksusie. My jako radni mamy diety i może nie odczuwamy tak pogorszenia się sytuacji. Ale przeciętny mieszkaniec, który nie ma dodatkowych złotówek, odczuwa to boleśnie – zwrócił się do prezesa RPWiK radny Paszcza.

- Pieniądze z podwyżki zamierzamy przeznaczyć na remonty. Jeżeli państwo powiecie, że mamy oszczędzać, to tak zrobimy. Bo remonty są kosztowne. Polegają nie tylko na wymianie samych rur, ale także na przywróceniu drogi do stanu pierwotnego. Warto się jednak zastanowić, czy oszczędzanie na remontach jest gospodarskim działaniem. Musimy nadążać z remontami, byśmy w końcu nie zostali zaskoczeni, że wszystko zacznie się sypać – tłumaczył Emil Tobolski.

W sukurs prezesowi przyszedł członek rady nadzorczej RPWiK, Kazimierz Boroń. Zapewnił radnych, że w swoich działaniach rada nadzorcza zwraca uwagę na względy społeczne, ale z rachunku ekonomicznego wynika bezsprzecznie, że podwyżka w proponowanej przez zarząd RPWiK wysokości jest konieczna.

- Nie można dopuścić do eskalacji strat. W 1999 r. straty na oczyszczalni ścieków wynosiły 321 tys. zł, a w 2000 r., ze względu na wzrost różnych opłat, które ponosić musiał RPWiK z przyczyn od siebie niezależnych, ten niedobór sięgnął 1,5 mln zł. Tej sytuacji nie można dłużej utrzymywać – wyjaśniał K. Boroń.

Podczas dyskusji nad podwyżką przedstawiono poziom zużycia wody na przestrzeni ostatniej dekady. Okazuje się, że odbiorcy zużywają jej coraz mniej. W 1990 r. przemysł odbierał 4,8 mln metrów sześciennych wody, obecnie – ok. 1,6 mln metrów sześciennych. W przypadku gospodarstw domowych zużycie wody spadło mniej więcej o połowę.

- Zapewniam państwa, że zarząd RPWiK nie dlatego chce podwyżki wody, żeby zwiększyć płace. Raczej idzie w kierunku zwiększenia zatrudnienia. Pojawiły się nowe uwarunkowania, na świecie coraz groźniejsze stają się działania terrorystyczne. Może w Chrzanowie daleko nam do takiej sytuacji, ale przecież nigdy nie wiadomo. Obiekty trzeba więc bardziej chronić – dość nieoczekiwanie nawiązał do ostatnich głośnych wydarzeń na świecie członek rady nadzorczej.

O wysokości podwyżki ceny wody zdecydują w przyszłym miesiącu przedstawiciele trzech gmin w MZ Gospodarka Komunalna.

Według propozycji RPWiK, przyszłoroczna cena metra sześciennego wody powinna wynosić dla gospodarstw domowych 2,71 netto, czyli po doliczeniu podatku VAT – 2,90 zł brutto (obecnie 1 metr sześcienny wody kosztuje 2,75 zł brutto). Za odprowadzenie 1 metra sześciennego ścieków trzeba będzie zapłacić 2,29 zł netto, czyli 2,45 zł brutto (obecnie 1,96 zł brutto).

Autor artykułu: AF

Reżyserski debiut

October 25th, 2001

Szczelnie wypełniona sala Domu Kultury Kolejarza w Nowym Sączu, zajęte parapety i dostawki na przejściach – tak było podczas podwójnej premiery. Na scenie debiutował jako reżyser Sylwester Adamczyk w premierowym spektaklu pt. ,Krachman”.

Po obejrzeniu sztuki długo nie milkły oklaski.
- Było wspaniale – mówi Marta Jakubowska, dyrektor DKK. – Sztuka była współczesna z widocznymi odniesieniami do obecnej sytuacji w kraju i została świetnie odczytana przez publiczność. Mam nadzieję, że reżyser będzie ją jeszcze wystawiał. Warto, aby zobaczyła ją szeroka publiczność.

Autorem ,Krachmana” jest Ryszard Fudała pochodzący z Chełmka. Ma do zaproponowania jeszcze kilka tego typu tekstów. Krachman był człowiekiem, który rozkręcał nowy biznes. Niestety – nie przetrwał na rynku. Takich Krachmanów cały czas przybywa.
A jak się czuł po debiucie Sylwester Adamczyk?

- Życzyłbym sobie – powiedział z uśmiechem – żeby na takich spektaklach zawsze była pełna sala i żeby nas tak ciepło przyjmowano. Dziękuję przede wszystkim zespołowi – zaufali mi, wystąpili i zagrali fantastycznie.

Po raz kolejny, festiwalowa publiczność została mile zaskoczona. Niektórzy pytają już o bilety na przyszły rokÉ

Autor artykułu: Maria OLSZOWSKA